Dostępność, UX i Ty logo

Dostępność, UX i Ty

Archiwum
Zaloguj się
26 Maj 2026

Czy Pan mnie słyszy? Nie, nie słyszę.

Opowieść Macieja o życiu z brakiem słuchu

Maciej opowiada o swoim doświadczeniu (1/2)

A co to za dziwny newsletter?

Poprosiłem Maćka Węgrzynowskiego, strasznie fajnego ziomeczka, z którym od jakiegoś czasu się znamy o to, by odpowiedział mi na parę pytań. Maciej opowiada o doświadczeniu osoby głuchej. Będą tego dwie części, bo odpowiedzi są tak wyczerpujące, że nie miałem serca ich kroić. Tym samym rozpoczynam tradycję pisania o doświadczeniach żywych ludzi, którzy korzystają z technologii wsparcia codzienności na codzień. Mam nadzieję, że takie teksty przybliżą Ci ich obraz interakcji z cyfrowym bagienkiem. A może nawet zmotywują do działania!

Uwaga: wszędzie zachowuję pisownię oryginalną Maćka.

Kto zacz?

Mój gość pisze o sobie tak:

Maciej (osoba głucha przez małe "g") - projektant oprogramowania IT i koordynator ds. dostępności cyfrowej w Centrum Informatyki Resortu Finansów. Widzi to, czego inni nie słyszą, a błędy semantyczne w kodzie traktuje jak osobistą zniewagę. Nic nie słyszy, z ust czyta niczym szpieg. Jego mama poszła na studia logopedyczne i nauczyła go mówić, ale przeklinać na niedostępny kod nauczył się sam. Zawieszony w neurobiologicznym glitchu między światami słyszących i niesłyszących.

Maćka możesz znaleźć na LinkedIn.

Poczytaj o doświadczeniu Macieja!

1. Jak można w prosty sposób zepsuć Twoje doświadczenie korzystania z sieci? 😀

Najprościej? Zabrać mi kontekst. Brak napisów w wideo odcina mnie całkowicie od treści - i wtedy ratuję się technologią: odpalam Google Pixela z Live Captions albo napisy na żywo w Chrome na macOS (bo pod Windowsem wciąż to nie działa), żeby w ogóle wiedzieć, o czym mówią. Ale jest jeszcze druga strona medalu - gdy audytuję wideo z napisami, trafia mnie osobliwy paradoks: napisy istnieją właśnie dla mnie, ale ich synchronizację weryfikuje się uchem. Słyszący audytor polega tu na swoim. Ja nie mogę. To jest granica mojego warsztatu - i mówię o tym otwarcie, bo ekspert wie dokładnie, gdzie kończy się jego kompetencja i gdzie zaczyna się potrzeba współpracy.

Moje doświadczenie psują też ograniczenia samych narzędzi, na których pracuję jako audytor. Ludzie z branży często pytają: "Maciek, jak ty audytujesz strony czytnikami ekranu, skoro nic nie słyszysz?". Mam na to swoje sposoby, bo potrzeba jest matką wynalazków - po prostu shakowałem NVDA pod własne potrzeby. Ten czytnik ma wbudowany podgląd mowy w formie okienka tekstowego, który w wersji natywnej wygląda jak ściana jednolitego tekstu. Dla mnie to było doświadczenie porównywalne z czytaniem surowego kodu HTML w systemowym Notatniku. Na własne potrzeby dorobiłem więc wtyczkę, która koloruje mi ten podgląd. Dopiero wtedy narzędzie stało się dla mnie bardziej użyteczne - szybciej widzę, co czytnik faktycznie "gada" i gdzie interfejs zaczyna kłamać.

Zresztą walka ze sprzętem to również moja codzienność. Audytuję na Macu z Windowsem w Parallels Desktop - i tu pojawia się pierwszy problem: fizyczna klawiatura Apple nie ma fizycznych klawiszy Insert ani Caps Lock, których NVDA używa jako głównego modyfikatora. Programowe obejścia się nie sprawdziły, więc podszedłem do tematu sprzętowo: wykorzystuję miniaturową, 16-klawiszową klawiaturę z trzema pokrętłami, która służy mi jako stacjonarny kontroler. Pod jej klawiszami mam skróty NVDA i tryby pracy czytnika, a pokrętłami nawiguję przez taby, nagłówki i linki - jedno przekręcenie gałki i skaczę przez strukturę strony jak po schodach.

Na dodatek technologia potrafi nagle zamrozić się w miejscu. Gdy automatyczne napisy na żywo w Chrome łapią laga, dźwięk leci dalej, a ja w ułamku sekundy tracę kontakt z rzeczywistością i muszę zgadywać, co się dzieje. Na Windowsie z kolei te systemowe napisy działają na tyle topornie, że do dziś nie udało mi się ich stabilnie skonfigurować. To jest właśnie mój codzienny "deaf tax" czyli podatek od głuchoty - zanim zacznę audytować dla innych, muszę najpierw sprawić, żeby moje własne środowisko pracy w ogóle ze mną rozmawiało.

2. Jak Twój sposób obcowania z technologią cyfrową wpływa na komunikację w czasie pracy zdalnej?

Wpływa tak, że jestem bezwzględnym fanem komunikacji asynchronicznej. (Maciek - kocham Cię - Wojtek, największy na świecie fan emaila!)

Dla słyszącego spotkanie na Zoomie czy Teamsach to chwila luźnej rozmowy - możecie zamknąć oczy, pić kawę i dalej wiecie, o co chodzi. Ja muszę gapić się w ekran bez sekundy przerwy, uczyć się mimiki i ruchu warg każdego rozmówcy, nadrabiać opóźnienia w napisach generowanych na żywo i filtrować chaos. Wystarczy, że na sekundę odciągnę mój wzrok i tracę wątek.

I to nie jest abstrakcja – to moja codzienność. Z perspektywy inżynierskiej aplikacje do wideokonferencji często nie dowożą podstawowej dostępności: mają opóźnienia między obrazem, dźwiękiem i napisami, a każdy taki lag zwiększa mój koszt poznawczy. Sama jakość automatycznych napisów w języku polskim też bywa koślawa, ale dla mnie najważniejsze jest to, że w ogóle łapię kontekst – to zawsze lepsze niż nic. W praktyce muszę w ułamku sekundy sklejać sens z kilku rozjeżdżających się kanałów informacji.

Dlatego odmawiam calli bez kamer i bez konkretnej agendy. Wiadomość tekstowa na Teamsie czy dobrze sformułowany mail wymusza na ludziach "mięso" i konkrety. 30 minut gadania na spotkaniu to zazwyczaj 10 minut wartościowej treści - wolę te 10 minut przeczytać w czystym asynchronicie.

3. W naszej prywatnej rozmowie wspominałeś o tym, że uważasz się za osobę głuchą, a nie Głuchą. Opowiesz szybko o różnicy?

Wielkie "G" to tożsamość kulturowa i mniejszość językowa. To ludzie, dla których Polski Język Migowy (PJM) jest pierwszym, naturalnym językiem, a społeczność Głuchych to ich dom i duma.

Dobrym przykładem tej różnicy jest Beethoven - stracił słuch biologicznie, tworzył z pamięci i wyobraźni dźwiękowej, ale nie był częścią kultury Głuchych ani użytkownikiem ich języka. Z drugiej strony mamy Alexandra Grahama Bella - wynalazcę telefonu, ale dla wielu Głuchych postać głęboko kontrowersyjną, bo jego oralistyczne podejście wzmacniało presję na mówienie i czytanie z ust kosztem języka migowego (Bell to dość niesamowity ziomuś był - obczaj se na Wikipedii - Wojtek). To dobrze pokazuje, że głuchota jako biologia i Głuchota jako kultura to dwie różne rzeczy.

Urodziłem się słyszący, a słuch straciłem jako 10-miesięczne dziecko. Dzięki tytanicznej pracy mojej mamy logopedki moim pierwszym językiem stał się język polski, a czytanie z ust to moje codzienne narzędzie przetrwania. Choć wiele lat działałem w środowisku niesłyszących, znam bariery tej społeczności i mam bliski kontakt z kulturą Głuchych, to mentalnie żyję "pomiędzy" - zawieszony niczym glitch w matrixie. Czuję się zbyt słyszący dla Głuchych i zbyt głuchy dla słyszących. Wybieram małe "g", bo ono oznacza po prostu moją biologię, a nie przynależność do odrębnej kultury. Jestem mostem między tymi światami. A że na mostach nikt nie mieszka, tylko się po nich przechodzi? No cóż, taki już mój urok!

4. Opowiedz trochę o tym, jak korzystanie z niedostępnych rozwiązań, a czasem nawet z technologii wsparcia dostępności, która Ci pomaga, obciąża poznawczo. O tym się najczęściej nie myśli!

W świecie dostępności istnieje pojęcie ukute przez Grega Pollocka: "Deaf tax" - podatek od głuchoty. To ukryte koszty poznawcze, czasowe i emocjonalne, które osoby niesłyszące ponoszą każdego dnia w świecie niedostosowanym do ich potrzeb. Technologie wspierające dają nam ogromną niezależność, ale jednocześnie ten podatek bezwzględnie ściągają.

Mój prywatny „Deaf tax” płacę w kilku walutach:

W walucie uwagi - używam Google Pixela z funkcją napisów na żywo. Ponieważ potrafię mówić (choć niewyraźnie), mogę załatwiać część spraw telefonicznie, co jest dla mnie gamechangerem. Ale pojawia się barierowa mikro-codzienność - gdy dzwonię do przychodni i jestem 20. w kolejce, słyszący włącza głośnomówiący, odkłada telefon i robi coś innego. Ja nie mogę. Mój "deaf tax" to kilkanaście minut siedzenia i ciągłego gapienia się w ekran, żeby nie przegapić momentu odebrania połączenia. Moje oczy są uwiązane do pikseli.

W walucie energii - czytanie z ust na Teamsie i jednoczesne śledzenie napisów z sekundowym opóźnieniem to procesor odpalony na 150%. Pod koniec dnia maratonu spotkań moja głowa dosłownie paruje. Gdy automatyczne napisy mylą kontekst albo gubią się przy anglojęzycznych wstawkach, mój mózg musi w ułamku sekundy wykonać potężną pracę detektywistyczną, żeby posklejać sens z ruchu warg i błędnego tekstu. Po godzinie w niedostępnym środowisku jestem wykończony jak po ciężkim treningu fizycznym.

W czystej gotówce - iPhone jest rewelacyjny, ale napisy na żywo dla języka polskiego u Apple nadal leżą. Kiedyś były darmowe aplikacje zewnętrzne do transkrypcji otoczenia. Dziś? Rynek je zmonetyzował. Albo masz wersję próbną na 30 minut, albo płacisz 400 zł rocznie za skromny pakiet 5 godzin na miesiąc. Moje podstawowe prawo do informacji zostaje zamknięte za paywallem.

Pewnym światełkiem w tunelu są nowinki sprzętowe - moja niesłysząca znajoma kupiła okulary z wbudowanymi napisami na żywo za około 5000 zł. Niedługo będę je testował. Jeśli to zadziała, barier w życiu codziennym będzie znacznie mniej. Ale zobacz ten paradoks - słyszący ma dostęp do ludzi za darmo. Ja muszę wydać 5 kafli na okulary, żeby pogadać bez stresu. To jest właśnie mój "deaf tax".

Więcej od Macieja za tydzień!

A ja w międzyczasie szykuję coś zupełnie nowego… Coś, co pozwoli osobom, które chcą wejść głęboko w dostępność otrzymać regularną dawkę technicznego, dogłębnego, interesującego pożywienia dla bańki. Ogłoszenie niebawem.

Miłego tygodnia!

Nie przegap kolejnych wiadomości. Zasubskrybuj Dostępność, UX i Ty:
Podziel się tym e-mailem:
Podziel się tym na LinkedIn Podziel się tym przez e-mail
LinkedIn
Ten newsletter fruwa na Buttondown - najprostszej maszynce do takich publikacji.